5 kwi 2010

Pasterz, cz. 5 z 7

Anselmo siedział w wygodnym fotelu pogrążony w lekturze. Ogień w kominku trzaskał delikatnie; lampka rzucała nieduży krąg światła na otwartą książkę. Było ciepło, spokojnie i kameralnie.

Zadzwonił telefon.

Mężczyzna wziął mały łyk Martini i odebrał.

– Pronto?

– Anselmo, musisz mi pomóc – zaczął Giancarlo roztrzęsiony, po czym nastąpiła chwila ciszy – Anselmo, jesteś tam?

– Tak, słucham.

Chłopak wziął głęboki wdech.

– Chyba ktoś mnie śledzi. Dziwnie to zabrzmi, ale to jakiś pieprzony pasterz...

– Pieprzony pasterz? – zaśmiał się Anselmo – A może Thrysos?

– Thry... Że co?!

– Bardzo ciekawa postać – adwokat oparł się wygodnie i przerzucił parę stron – Znajomy ksiądz pożyczył mi dzisiaj antologię Ojców Kościoła, wiesz, chcę być na bieżąco w związku z waszym wyjazdem – zatrzymał się na początku jakiegoś rozdziału i wygładził kartkę – O, posłuchaj...

Giancarlo oddychał ciężko.

– ...Wśród ludu naszego panuje wiara, że owych trzech Mędrców Ze Wschodu, którzy przybyli, by Panu naszemu nowonarodzonemu hołd oddać, pastuch trzód miejscowych ku grocie zaprowadził. Nie wiedzą ludzie, że pasterz ten jest nieprzyjacielem, plugawym demonem wysłanym z piekieł, aby zwodzić wędrowców zdążających na spotkanie z Bogiem. Starzec to leciwy, obleczony w łachmany, a imię jego Thrysos. I, zaprawdę, powiadam wam, że i dzisiaj jest on wśród nas i będących w podróży gubi – Anselmo zaśmiał się ponownie – Więc może to on cię prześladuje, co?

– Co jeszcze o nim piszą? – zapytał Giancarlo zduszonym głosem.

– Właściwie nic więcej, to krótka wzmianka w rozdziale o demonach – umoczył usta w winie – No dobrze, więc co się dokładnie stało?

– Anselmo, błagam, dowiedz się wszystkiego, czego zdołasz o tym Thrysosie, zapytaj księdza, idź do biblioteki, cokolwiek! – znowu chwila ciszy – Zrobisz to dla mnie?

Chłopak wyraźnie się czegoś bał.

– No cóż, mogę to sprawdzić, jeśli chcesz, ale...

– Więc zrób to – uciął Giancarlo i przerwał połączenie.

Po chwili telefon komórkowy mecenasa zapiszczał i zabrzęczał. Mężczyzna odczytał wiadomość:

I zadzwoń do mnie jutro.

Pasterz, cz. 6 z 7

Giancarlo czuł, że Luigi zerka na niego z dezaprobatą, ale nie mógł powstrzymać się od nerwowego rozglądania na boki. Nękała go myśl, że Thrysos może być gdzieś w pobliżu. Oby Anselmo zadzwonił szybko i oby miał jakieś rewelacje...

Z drugiej strony, nic nie wskazywało na to, by tutaj, na szczycie Góry Oliwnej, mógł spotkać pasterza. Stali na łysym wzgórzu, pod nimi rozciągała się Jerozolima. Przewodnik grupy opowiadał o tradycji krzyżowania buntowników w Cesarstwie Rzymskim. Miał chyba jeszcze ze dwie warstwy ubrania pod kamizelką; jak on wytrzymywał w tym upale?

W pejzażu miasta dominowała złota kopuła muzułmańskiego sanktuarium. Wyrastała za grubym murem ponad piaskowymi dachami starówki. Nieco bliżej znajdowały się nowsze budynki, choć w podobnej kolorystyce; po spieczonych słońcem ulicach sunęły leniwie samochody.

Giancarlo przesunął wzrok ku podnóżu góry. Po skalistym zboczu wiła się kręta ścieżka, aż na sam dół...

I wtedy go zobaczył. Starzec w długiej szacie prowadził swoje stado w głąb miasta. Mecząc i pobrzękując dzwoneczkami, kozy szły na całej szerokości jezdni, tamując ruch.

A On przed nimi.

Chłopakowi zawróciło się w głowie. Z góry dostrzegł, jak pasterz obraca ku niemu twarz i wyciąga przed siebie sękaty kij. W tej samej chwili wśród turystów rozległ się okrzyk przerażenia. Giancarlo odwrócił się. Wszyscy padli na ziemię; wszyscy poza nim i przewodnikiem, który stał pośrodku z rozchyloną szeroko kamizelką. Do torsu przymocowaną miał baterię materiałów wybuchowych. Migała czerwona dioda.

– Za Palestynę!!! – wrzasnął zamachowiec.

Giancarlo rzucił się w dół ścieżki. Gdy usłyszał wybuch, zaczął się turlać. Pędził coraz niżej, obijając się boleśnie o kamienie.

Wyhamował na żwirowej fałdzie. Z tyłu rozległo się kilka agonalnych wrzasków. Zaczął wstawać, podparł się na kolanie i uniósł głowę. Wysoko biegał jakiś człowiek, cały w płomieniach, ale po chwili upadł. Po zboczu porozrzucane były krwawe ludzkie strzępy. Na mieście rozległy się syreny.

A w kieszeni Giancarlo zabuczał telefon.

Pasterz, cz. 7 z 7

– Dzwonię z samolotu – Anselmo wypluwał słowa jak karabin maszynowy – Wiem, że nie wolno, nieważne. Lecę do was, ale obawiam się, że nie zdążę. Posłuchaj: musisz dotrzeć do Bazyliki Grobu. Słyszałeś? Musisz. Tylko tak powstrzymasz Thrysosa.

Giancarlo, zakurzony i podrapany, zbiegał co tchu z Góry Oliwnej.

– Ale co tam jest? – wrzasnął do telefonu.

– Golgota. Miejsce ukrzyżowania Chrystusa. Miejsce, w którym się poświęcił. Tylko tam demony nie mają wstępu – coś zatrzeszczało – Muszę kończyć. Nie daj się i uważaj na...

– Anselmo? Anselmo! – krzyczał Giancarlo, ale linia była już głucha – Szlag.

Cisnął aparat i popędził przed siebie.

Wypadł na ulicę i rozejrzał się. Było pusto. Tylko jeden samochód jechał w jego stronę. Niezbyt szybko, skrajem pasa. Chyba szukał miejsca, żeby stanąć.

Nagle zza zakrętu wyskoczył sportowy kabriolet i zaczął wyprzedzać. Kierowca pierwszego auta stracił panowanie nad kierownicą; zarzuciło go w prawo, potem w lewo; niebezpiecznie zbliżał się do Giancarlo, pędził prosto na niego!

Mężczyzna uskoczył w bok. Wyprzedzany pojazd wpadł w potężny poślizg i uderzył z impetem w prawą stronę kabrioleta. Tamten odbił gwałtownie, przechylił się, boczne koła zawirowały w powietrzu; zaczął dachować...

Huk wybuchu zwieńczył szaleńczy lot samochodu w kierunku kamiennego muru u podnóży starówki. Przemknął ciepły podmuch.

Płonący wrak leżał teraz u stóp skalnej ściany, a drugie auto stało na poboczu. I Giancarlo zobaczył przy nim kogo?

Oczywiście, pasterza.

Zerwał się do biegu. Pomknął w stronę antycznej bramy. Niebawem przebiegł pod ceglanym łukiem i był na skąpanym w słońcu placu. Nie zatrzymał się nawet na sekundę. Z trudem łapał oddech, ale pędził dalej, gorączkowo zachowując orientację w układzie wąskich uliczek.

W cieniu antycznych kamienic zaczęły pojawiać się stragany. Po chwili alejki zaroiły się od ludzi, rozmawiających, targujących się i wybierających pamiątki.

Giancarlo potknął się i legł jak długi na ziemi, przewracając kosz z owocami. Natychmiast zbiegli się ku niemu przechodnie. Otoczyli go ciasnym kręgiem, rozprawiając w tysiącu różnych języków. Z tyłu ktoś lamentował niemiłosiernie – pewnie sprzedawca rozsypanych jabłek.

Wtem z harmideru wyłonił się człowiek w pstrokatej kufi i, z przeraźliwym krzykiem, zamachnął się jednym ze sprzedawanych na targowisku ozdobnych noży. Giancarlo szarpnął się na bok, unikając ciosu, i przetoczył po bruku. Chwytając za fałdę czyjejś szaty, podciągnął się i już był na nogach; odpychał ludzi łokciami, gotowy do dalszego biegu.

Coraz trudniej było mu utrzymać tempo. W głowie krew pulsowała jak szalona. Mijał kolejne rozwidlenia, ludzie patrzyli za nim oszołomieni.

Z przodu, nad dachami, już pokazała się blada kopuła Bazyliki Grobu. Giancarlo wybiegł na większe skrzyżowanie alejek i usłyszał głos:

– Stój!

Oparty o starożytną studnię, celował do niego z pistoletu policjant. Niewiele myśląc, chłopak zrobił parę kroków i uciekł w bok. W chwili, gdy schował się za rogiem kamienicy, huknął strzał i kula odbiła się od ściany, rozbryzgując kawałki cegły. Giancarlo wyskoczył z powrotem na alejkę i zniknął za kolejnym rogiem, kilka metrów dalej. I jeszcze raz. Kolejny pocisk nie zdołał go dosięgnąć.

Funkcjonariusz schował broń i ruszył w pościg. Młody Włoch także wznowił bieg i, wytężając wszystkie siły, pędził po wytartych przez stulecia kocich łbach.

Wpadł w tłum turystów, przedzierał się do świątyni. Wreszcie, dosłownie w ostatniej chwili, zniknął za drzwiami bazyliki i opuścił żelazny rygiel. Kilka osób, które znajdowały się w środku, rozpierzchło się w panice w najdalsze kąty. Policjant łomotał w drzwi i krzyczał.

Giancarlo poczuł ulgę. Usiadł na kamiennej posadzce i oparł głowę na kolanach.

Udało mu się...

Po chwili podniósł wzrok. Przed nim stała nieduża kaplica, bura i niesymetryczna, obstawiona świeczkami. Dokoła wyrastały podzielone na kilka arkadowych pięter mury, a wysoko, wysoko w górze wieńczył je okraszony złoceniami spód kopuły. Pośrodku sklepienia znajdował się kolisty otwór, który wpuszczał dzienne światło. Giancarlo zapatrzył się weń.

I nagle, gdzieś hen na jerozolimskim niebie, dostrzegł sylwetkę samolotu. Najwyraźniej podchodził do lądowania. Może to ten, którym przybędzie Anselmo?

Rany, Anselmo... Gdyby nie on, mogłoby być krucho. Uratował mu życie. Tutaj, w bazylice, jest już bezpieczny... Tutaj pasterz go nie dopadnie. Nie wzbudzi w nikim złości, aby go skrzywdził.

Ale zaraz – czy ten samolot nie zniża lotu zbyt szybko...?

Chryste, on pikuje! On spada, z ogona leci mu dym!

Spada prosto na...

Dziób Boeinga wrył się w kopułę świątyni.

Posypały się gruzy.

I nastała ciemność...

Koniec

Wciąż spragniony/na wrażeń? Przeczytaj Grunt to dobrze zjeść

 

Toplista: Najlepsze Horrory w Necie
Toplista: Opowiadania
Toplista: Straszne historie