24 gru 2010

ŚWIĄTECZNA OPOWIEŚĆ, cz. 1 z 4

– Och, mamo, jakie to pyszne!

– Nie lituj się nad indykiem. Zapewnij dziecku wspaniałe święta! Przetwórnia Gobbler Co. obniża za ceny na Boże Narodzenie...

Pan Ebenezer Scruge odłożył pilota. Obraz na gigantycznej plazmie natychmiast zgasł; z ekranu znikło krzykliwe logo i ucichł głęboki głos lektora. Mężczyzna wstał ze skórzanego fotela i podszedł do barku.

Przesunął palcem wzdłuż rzędu butelek whiskey, zatrzymał się przy jednej z nich, jakby się namyślał, po czym wrócił i wybrał niebieskiego Walkera, stojącego pośrodku. Zawsze pił ten sam trunek, ale lubił najpierw porozkoszować się wyborem.

Dodawszy dwie kostki lodu, Ebenezer uniósł szklankę i przeszedł spokojnie na drugi koniec gabinetu. Za przeszkloną ścianą, w dole, rozciągał się Nowy Jork.

Pusty Nowy Jork. Bo była Wigilia.

Tylko gdzieniegdzie latarnie rzucały blask na zaśnieżone ulice, po których od czasu do czasu przesunęła taksówka. Okna sąsiednich wieżowców były zupełnie ciemne.

Bardzo dobrze, pomyślał Ebenezer, sącząc whiskey. Bardzo dobrze, niech siedzą ze swoimi cholernymi rodzinami i jedzą moje indyki. A jutro niech się cieszą prezentami i znowu jedzą moje indyki! Gdybym ja myślał o zakładaniu rodziny, nigdy nie doszedłbym do miejsca, w którym jestem dzisiaj.

A pan Scruge wiedział, co myśli, bo jako prezes Gobbler Co. sprawił, że firma zawładnęła 40% amerykańskiego rynku przetworów drobiowych. Więc, co z tego, że był samotny?

Nagle światło w pomieszczeniu zgasło. Odwrócił się w chwili, gdy ekran jego laptopa rozbłysł, ukazując pozbawioną twarzy, zakapturzoną postać.

– Co, do diabła! – mężczyzna podbiegł do komputera, bezskutecznie starając się wyłączyć okno komunikatora.

– Ebenezeeerzee... – odezwał się zawodzącym głosem kapturnik na monitorze.

Scruge wolną ręką uderzał na oślep w klawiaturę. Już ja cię wyłączę!, myślał, lecz sprzęt nie reagował.

– Ebenezeeerze, jestem duchem Bożego Narodzenia. Przybywam, by pokazać ci twoje przeszłość, teraźniejszość i przyszłość!

Ebenezer, wściekły, wyszarpnął kabel zasilania, ale przecież laptop działa także na baterię...

– Ruszajmy – powiedział duch i Scruge natychmiast poczuł się słabo. Szklanka wypadła z jego dłoni, rozbryzgując się na podłodze, zaś on osunął się bezwiednie na fotel.

A potem wszystko się rozmyło...

Czytaj dalej

Świąteczna opowieść, cz. 2 z 4

– Gdzie ja jestem?!

Ebenezer zerwał się na równe nogi, mimo że nie miał przecież najmłodszych kości.

– Spokojnie Ebenezerze. Jesteś u siebie.

Mężczyzna odwrócił się i zobaczył tę powłóczystą postać z twarzą ukrytą w cieniu kaptura. Odwrócił się raz jeszcze – i ujrzał salon swojego rodzinnego domu.

Tego, w którym nie mieszkał od ponad trzydziestu lat.

– Czy ktoś może mi to wyjaśnić? – rzucił rozkazującym tonem.

Duch podszedł do niego. Stali teraz ramię w ramię.

– A co tu jest do wyjaśniania? – powiedział spod kaptura – Zabrałem cię w przeszłość, tak, jak obiecałem. Spójrz.

Zjawa skinęła głową, a wzrok Scruge'a podążył za tym ruchem. W rogu świątecznie przybranego salonu znajdowała się choinka, zaś u jej podstawy mały chłopiec majstrował coś przy prezentach. Dziecko było odwrócone tyłem, ale Scruge od razu poznał te rozwichrzone włosy i wełniany kubraczek.

– Czy to... ja? – wyjąkał.

Duch przytaknął.

– Masz sześć lat. Właśnie przeglądasz prezenty, które powinieneś znaleźć dopiero jutro rano. Przyszedłeś tu, bo wiedziałeś, że rodzice już śpią. Czy pamiętasz, co stanie się za chwilę?

Mężczyzna pokręcił głową.

– W takim razie, patrz...

Chłopczyk podniósł największe, dziurkowane, pudło i potrząsnął nim tuż przy uchu. Następnie odłożył je i rozpakował. Wewnątrz znajdował się mały, biały kotek.

Zwierzątko poruszyło niezgrabnie łapką, gdy chłopiec uniósł je do góry. Ebenezer zbladł.

– Każ mu przestać!

Lecz duch nie zareagował.

Teraz chłopiec wstał z kucek i wybiegł z pokoju, trzymając kotka przed sobą. Kapturnik pociągnął Scruge'a za rękaw, dając mu znak, aby poszli za nim. Gdy stanęli w kuchni, mężczyzna patrzył niczym zahipnotyzowany, jak dziecko otwiera piekarnik i wkłada zwierzątko do środka. Drzwiczki zatrzasnęły się i po chwili pomieszczenie wypełnił drażniący nozdrza swąd palonego mięsa.

Scruge odwrócił wzrok.

– Czy teraz pamiętasz? – wyszeptała zjawa – Nie mogłeś znieść, że to nie ty, ale twój braciszek dostał małego kotka. Prezent, którego tak bardzo pragnąłeś.

– Niech to szlag – wycedził Ebenezer – Rodzice nigdy mnie nie kochali; nie tak, jak jego... Ale ja przynajmniej czegoś się nauczyłem. Nasze indyki pieczemy żywcem, dzięki temu mięso jest najlepsze.

Duch podniósł ze stolika szklankę i podsunął ku niemu.

– Spróbuj, to kompot twojej mamy. Pamiętasz, jak bardzo go lubiłeś?

Ebenezer wziął naczynie, ostrożnie powąchał jego zawartość, po czym skosztował.

I ponownie odpłynął w ciemność...

Czytaj dalej

Świąteczna opowieść, cz. 3 z 4

Obudził się, gdy samochód stanął. Siedział na fotelu pasażera, a obok, za kierownicą, był... kapturnik.

Ebenezer wyjrzał za szybę. Znajdowali się w miejskich dokach. W blasku portowych reflektorów grupka ludzi uwijała się, rozładowując i wypełniając nowymi kontenerami statek. Poza tym, dokoła było ciemno.

– Na cholerę mnie tu przywiozłeś? – warknął.

Duch, nie spojrzawszy na niego, odparł:

– Tutaj przeładowywane są twoje towary. Jest Wigilia, ale kazałeś swoim ludziom pracować bez przerwy, grożąc, że ich zwolnisz. Pamiętasz, kto zajmuje się transportem?

Scruge obrzucił go niespokojnym spojrzeniem.

– George...

Duch przytaknął.

– Oto i on.

Wśród robotników dał się teraz zauważyć krępy mężczyzna w ochronnym hełmie, który krzyczał coś do operatora dźwigu, wymachując przy tym rękami.

Scruge wysiadł z samochodu i ruszył w jego stronę. Powietrze było mroźne, a betonowa nawierzchnia mokra od błota i śniegu. Właśnie mijał ogromną zalakowaną skrzynię, gdy usłyszał ciche:

– Proszę Pana...

Zatrzymał się, próbując dostrzec źródło głosu. Po chwili z mroku wyłonił się chłopiec na wózku inwalidzkim. Podjechał do niego, nieporadnie odpychając rękami koła. Scruge spojrzał na otulający go koc, wybrzuszony w dwóch miejscach.

Chłopiec nie miał nóg.

– Proszę Pana – powtórzył – Czy przyjechał Pan tutaj, żeby pomóc mojemu tatusiowi?

Ebenezer przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć, zaskoczony. Dziecko patrzyło na niego z dołu szeroko otwartymi oczami, w których nadzieja mieszała się ze smutkiem.

– A kim jest twój tata? – zapytał wreszcie.

– Mój tatuś, George – wyjaśnił mały piskliwym głosem – Powiedział, że jeśli będzie dobrze pracować, to może przyjedzie ktoś, żeby go zmienić... A on naprawdę dobrze pracuje, jak Pan chce, to niech Pan sam zobaczy.

Scruge zerknął w kierunku Georga, po czym ponownie zwrócił się do chłopca:

– Zaraz, zaraz, a co ty w ogóle tutaj robisz? Tu nie wolno przebywać nikomu, kto nie jest pracownikiem firmy, a już na pewno dzieciom...

Maluch zwiesił głowę.

– Przepraszam... ale tak bardzo chciałem spędzić Wigilię z tatusiem... On tak bardzo się stara, żeby zarobić pieniążki na lekarstwa dla mnie...

Scruge uniósł w zdziwieniu brwi i już chciał coś odpowiedzieć, gdy zobaczył, że przywołuje go kapturnik.

– Zaczekaj tu – rzucił do chłopca i odszedł.

Gdy znalazł się z powrotem w samochodzie, duch wręczył mu plastykowy kubek z kawą i rzekł:

– Tak wygląda teraźniejszość, Ebenezerze – zjawa zerknęła w jego kierunku, by upewnić się, że umoczył usta w ciepłym napoju – A teraz udamy się w przyszłość.

Zanim zapadł w sen, Scruge zdążył jeszcze usłyszeć, jak postać w kapturze zapala silnik...

Świąteczna opowieść, cz. 4 z 4

Był w swoim gabinecie. Tak, to zdecydowanie wyglądało jak jego gabinet, ale, mimo wszystko, coś było nie tak...

Skąd się wzięła reprodukcja Rembrandta nad stolikiem? A głowa kanadyjskiego łosia zawieszona obok barku? Przecież on nigdy nie był polowaniu, a już na pewno nie widział niczego interesującego w sztuce.

I nagle to zauważył... Przy jego biurku, przy jego własnym biurku, siedział nie kto inny, jak jego najbardziej znienawidzony wróg – Orwell Bentlon!

Bentlon był prezesem konkurencyjnej firmy The Poultrest i nie raz zachodzili sobie nawzajem za skórę. Zwłaszcza, gdy ten skurczybyk wynajął jakichś zbirów, żeby podtruwali jego ptaki. Oczywiście Scruge nie był gorszy, bo niemal rozwalił tamtemu małżeństwo, podsuwając mu tę śliczniutką sekretarkę...

Ale co on tu, do cholery, robi?!

– To jest twoja przyszłość, Ebenezerze – odezwał się duch zza jego pleców – Spójrz na zdjęcie na biurku.

Ebenezer wytężył wzrok. Na mahoniowym blacie stała oprawiona w ramkę fotografia, tuż obok tłustej łapy Bentlona, który właśnie gasił w popielniczce papierosa.

Na tym zdjęciu... znajdował się jego własny grób. Ebenezer Scruge – 1949-2011, głosił napis. Mężczyzna stał jak wryty, nie mogąc wydobyć z siebie słowa.

– Pan Bentlon przejął firmę po tym, jak zginąłeś zastrzelony przez jednego ze swoich pracowników. To był menedżer, który zachorował psychicznie... z przepracowania.

Scruge wciąż trwał w bezruchu niczym słup soli. W jego wnętrzu toczyła się emocjonalna walka pomiędzy poczuciem skruchy a żądzą zemsty. I właśnie jedna ze stron miała wygrać, gdy...

Drzwi jego gabinetu otwarły się i do środka, jedna po drugiej, zaczęły wchodzić znane mu postacie. Najpierw George pchający wózek ze swoim synem, potem jego sekretarka, była narzeczona, kilku menedżerów, wreszcie jego stara matka i tuzin innych osób, z którymi miał mniej lub więcej wspólnego w całym swoim życiu. Również Bentlon wstał i dołączył do nich, gdy stanęli przed Ebenezerem w równym rzędzie.

Duch zdjął kaptur, ujawniając swoją twarz. Był to jego brat, Joshua, który powiedział:

– Napracowaliśmy się, żeby zorganizować dla ciebie ten świąteczny prezent, Ebenezerze. Zaprosiliśmy do współpracy pana Bentlona i twoich pracowników. Wykorzystaliśmy wspomnienia mamy, która widziała z ukrycia, co zrobiłeś tamtego wieczoru z kotkiem. Musieliśmy dodać środki nasenne do twoich napojów. Ale mamy nadzieję, że tegoroczna Wigilia czegoś cię wreszcie nauczyła...

Minęła dłuższa chwila ciszy, zanim Scruge drgnął, podszedł powoli do barku, nalał i wypił szklankę whiskey, po czym zerwał się do biegu i, nim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, wyskoczył przez oszkloną ścianę swojego gabinetu, spadając wraz z tysiącem odłamków szkła w ciemną miejską otchłań.

Gdy jego ciało dotknęło ziemi, przetoczył się kilka metrów po chodniku. Siła uderzenia była tak wielka, że głowa odpadła od korpusu, pozostawiając krwawy ślad na świeżym, lśniącym śniegu.

A dokoła rozciągał się pusty Nowy Jork.

Bo była Wigilia.
Koniec
Nie wierzysz, że ludzie są źli? Przeczytaj Żywe barwy

5 gru 2010

ŻYWE BARWY, cz. 1 z 7

Galeria Hvaderdet w Skagen od dziesięciu lat zbiera dzieła młodych duńskich malarzy. W XIX wieku Skagen zyskało światową sławę dzięki twórczości znakomitych pejzażystów, którzy przybywali tu dla cudownej gry światła z cieniem na morskim wybrzeżu.

Dziś na ścianach Hvaderdet wiszą głównie abstrakcje.

*

Przestronna sala wyłożona była karmazynowym dywanem, a jej ściany przesłonięte atłasem. Obrazy, które na nich wisiały, przypominały bohomazy nakreślone ręką dziecka. Przy jednym z nich stała grupka elegancko ubranych osób. Przedstawiał dziki labirynt zygzaków na krwistoczerwonym tle.

– Czy dostrzegacie to życie? – mówił energicznie mężczyzna we fraku, gestykulując w stronę obrazu. Na oko miał ze trzydzieści lat – On żyje. On oddycha. W splotach jego płótna pulsuje krew!

Zebrani słuchali uważnie.

– Poczujcie to życie, zachwyćcie się nim! Poczujcie, jak przez was przepływa! – mówca uniósł rękę wysoko i odrzucił do tyłu głowę. Cały napięty, trwał teraz z zamkniętymi oczami i dłonią zaciśniętą w pięść.

Sekundy mijały, a wokół panowała cisza. Na jego twarz wystąpił rumieniec, na czole uwydatniły się żyły.

Wreszcie ktoś się odezwał:

– Jest pan bardzo dobrym performerem, panie van Kamperdijk… ale ten obraz to nic innego jak zwykła papranina przypadkowo dobranych barw. Nie zasługuje na to, by zajmować miejsce w tak uznanej galerii.

Oczy artysty we fraku natychmiast się otworzyły. Odwrócił głowę, by zobaczyć, z czyich ust wydobyła się potwarz. To był profesor Ovesen – stetryczały krytyk sztuki z uniwersytetu w Aalborgu. U jego boku stała młoda żona o długich i pięknych złocistych włosach.

Kamperdijk pochylił się do przodu jak kogut i zrobił dwa kroki w kierunku starca. Wykrzywiony grymasem wściekłości, zawołał:

– Przecież te barwy tworzą misterną mozaikę pragnień i uniesień! Każdy z odcieni jest emocją pochodzącą z najgłębszej otchłani ludzkiego wnętrza!

Stał i piorunował profesora wzrokiem, oddychając ciężko. Lecz tamten, nie przejąwszy się, odparł:

– Mozaikę emocji możemy podziwiać na płótnach wielkiego Muncha, panie van Kamperdijk. Natomiast pańskie „dzieło” jest niewiele warte.

Malarz wzniósł ręce do nieba, przyjmując na chwilę pozę męczennika, po czym odparował z nowym przypływem furii:

– Emocje?! Niewiele warte?! A wie pan, dlaczego Munch namalował... – jego wypowiedź przerwał potworny wrzask dochodzący z ulicy. Gdy ucichł, artysta dokończył łagodnie …”Krzyk”?

Na salę wbiegł zdyszany strażnik i, złapawszy potężny haust powietrza, wyrzucił z siebie:

– Morderstwo! Pod galerią znaleziono ciało! Musicie wszyscy natychmiast stąd wyjść!

Żywe barwy, cz. 2 z 7

Niebo było fioletowo-szare. Gdy Lars przesadzał pasiastą taśmę odgradzającą, poły jego płaszcza załopotały na wietrze. Tutaj, na tyłach strzelistego gmachu Hvaderdet, policyjni technicy krzątali się wokół ciała.

– Cześć, chłopaki – zasalutował niedbale – Jak się miewa denat?

Spojrzeli na niego głupawo.

– O rany, żartuję przecież… – wyciągnął portfel i mignął odznaką – Porucznik Lars Farsen, przyjechałem się rozejrzeć.

Jeden z mundurowych wstał z kucków i przywitał się z nim.

– Mówiono nam, że się pan zjawi. Jest pan pofr…

– Profilerem, zgadza się. Tworzę portrety osobowościowe szczególnie problematycznych sprawców. A ten tutaj przypadek – wskazał ruchem głowy na zwłoki – bardzo mi coś przypomina. Proszę jeszcze raz przedstawić szczegóły.

Szef techników nabrał powietrza i zaczął:

– Jak pan widzi, ciało jest w tragicznym stanie. Znalazł je dozorca, gdy wyrzucał śmieci. Było upchnięte w kontenerze na odpadki, właśnie tutaj, na tyłach budynku. Jest jakby… – podrapał się po karku i zrobił kwaśną minę – …wypompowane. Praktycznie w ogóle nie ma w nim krwi.

Lars przyjrzał się zwłokom badawczo. Zmarły był mężczyzną, w średnim wieku. Jego skóra była blada i pomarszczona niczym pergamin, a usta rozwarte jak u skonanego z pragnienia. Oczy miał zamknięte.

– Przesłuchaliśmy wstępnie wszystkich pracowników galerii – ciągnął policjant – Żaden z nich nie potrafił zidentyfikować ofiary. Wygląda na to, że zamordowany nie był w żaden sposób związany ze światem artystycznym…

– Być może – przerwał mu Farsen – Na razie pewne jest tylko jedno: to seryjny morderca.

– Słucham?

– Tak jak powiedziałem. To nie jest pierwszy taki przypadek – powiedział i zapalił papierosa, po czym odwrócił się, by odejść. W połowie drogi do taśmy zatrzymał się i dodał – Acha. Ekspertyzę i raporty przyślijcie do mojego biura. Na wczoraj.

I poszedł.

Żywe barwy, cz. 3 z 7

Anna Ovesen obserwowała zza tylnej szyby limuzyny rząd kolorowych jednorodzinnych domków, które przesuwały się jak w kalejdoskopie. Właśnie odgarnęła z twarzy jasne włosy, poprawiając się na obitym białą skóra siedzeniu, gdy zadzwonił jej telefon. Młoda kobieta z niemal dworską gracją wyłuskała aparat i przyłożyła go do ucha.

– Ovesen, słucham?

Z głośniczka dobiegł aksamitny damski glos:

– Czy rozmawiam z panią Anną? Dzień dobry, nazywam się Antoinetta Koch, czy pamięta mnie pani?

Anna zmarszczyła delikatnie brwi.

– Jestem żoną Jacoba Kocha, przyjaciela pani męża z uczelni. Wiemy, że zbliżają się urodziny profesora Ovesena i postanowiliśmy w tym roku przygotować dla niego coś naprawdę wyjątkowego, ale nie jesteśmy pewni, czy zyska to jego uznanie. Czy mogłaby pani odwiedzić nas i to zobaczyć? Pani opinia będzie dla nas nieprzeceniona.

Ręka Anny uniosła się, by mogła spojrzeć na zegarek.

– Czy to konieczne…?

– To zajmie tylko chwilę, a przy okazji zapraszam panią na wyśmienitą włoską kawę. Podaję adres…

*

Anna wysiadła z samochodu i poprawiła szal. Szofer, zamknąwszy za nią drzwi, rzekł:

– Niech pani na siebie uważa, Min Fru, właśnie zapada zmrok.

Kobieta uśmiechnęła się nieznacznie.

– Nic się nie martw, za dziesięć minut będę z powrotem.

I ruszyła. Jej obcasy dzielnie stukały o kocie łby, pokrywające uliczkę wciśniętą między pastelowe kamienice. W Skagen stare miasto wyłączone zostało z ruchu samochodowego, ale mimo to było ulubioną dzielnicą bogaczy, którzy kupowali tu mieszkania w wiekowych gmachach.

Bogaczy i artystów.

Pięć minut minęło, nim Anna znalazła właściwy dom. Było już zupełnie ciemno. Stanęła przed rzeźbionymi w hebanowym drewnie drzwiami do budynku i wcisnęła przycisk domofonu.

– Anna Ovesen… – powiedziała i natychmiast rozległo się buczenie oznajmiające, że zamek został zwolniony. Nacisnęła mosiężną klamkę i weszła do środka.

Klatka schodowa tonęła w mroku rozpraszanym jedynie małymi gazowymi lampkami, które umieszczono po jednej na każdym półpiętrze. Drewniane schody skrzypiały ze starości. Kobieta stąpała niepewnie, rozglądając się dokoła. To miało być na poddaszu, czy tak?

Wreszcie stanęła na samej górze, na wprost wąskich drzwi, nie oznaczonych jakąkolwiek tabliczką. Zapukała łagodnie.

Nic.

Zapukała jeszcze raz, tym razem trochę głośniej. Nic się nie wydarzyło.

Ostrożnie popchnęła drzwi.

Rozchyliły się z jękiem, odsłaniając czarną jak smoła ciemność. Kobieta poczuła specyficzny zapach, coś jakby woń chemikaliów… Przestąpiła próg.

Nagle rozbłysło światło, lecz Annie nie było dane długo się nim cieszyć. Jedynym, co zdążyła dostrzec, nim straciła przytomność, była pędząca w stronę jej twarzy pięść.

Żywe barwy, cz. 4 z 7

Farsen wgniótł niedopałek w popielniczkę.

Gdzie do cholery znajduje się rozwiązanie?, pomyślał.

Jego gabinet pogrążony był w mroku. Tylko na blat biurka, przy którym siedział, padał krąg światła rzucany przez niedużą lampkę. Miał przed sobą otwarty laptop i stertę papierów.

Spróbujmy jeszcze raz.

Odpalił kolejnego papierosa i wyciągnął się w fotelu.

Pierwszą ofiarą był student historii sztuki. Młody, dobrze zbudowany. Sportowiec.

Gej.

Ciało zostało wypompowane – nie zostało nic, ani kropli krwi. Jakby ktoś podłączył go do sztucznego krwiobiegu i nastawił na odsysanie. To musiało boleć, jeśli jeszcze żył…

Drugi to ten sztywniak sprzed galerii. Właściciel stadniny, jak się okazało. Zgorzkniały choleryk – to było widać po rozkładzie zmarszczek nawet, gdy został z niego flak. Po zmarszczkach zawsze można poznać, czy się człowiek uśmiechał.

Farsen wypuścił kłąb dymu. Szare wstążki zawirowały pod lampką.

Na pewno mają wspólnego znajomego i to on jest człowiekiem, którego szukam. Tylko kto?

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Odebrał.

– Tak?

– Porucznik Farsen? Tu posterunkowy Lassen z Centrali. Wiem, że jest pan zajęty, ale prosił pan, żebym dzwonił, gdy tylko coś nowego wydarzy się w Skagen, więc pomyślałem…

– Streszczaj się – warknął porucznik.

W słuchawce zapadła cisza, po czym rozległo się nerwowe chrząknięcie.

– Trzy godziny temu zaginęła Anna Ovesen, żona krytyka sztuki z uniwersytetu w Aalborgu. Przyjechali tu razem na jakiś wernisaż w Hvaderdet. Jej mąż jest bogaty, a ona to szlachcianka, wie pan, błękitna krew. I te sprawy. Dostała dziwny telefon od...

Farsen odłożył słuchawkę.

Siedział jak sparaliżowany.

Nagle wszystko zaczęło do siebie pasować. Młody student, kochanek… czerwień. To kolor namiętności i pasji. Zgorzkniały, przepełniony gniewem i niechęcią starzec… żółć. Piękna, doskonale wychowana szlachcianka… to błękitna krew.

Trzy podstawowe barwy.

W głowie Farsena niczym w komputerze przemykały dziesiątki przeczytanych dokumentów, setki pomysłów, tysiące faktów…

Znów zadzwonił telefon.

– Poruczniku? Chyba coś nas rozłączyło, chciałem…

– Zamknij się. Chcę, żebyś sprawdził dla mnie pewne nazwisko.

Żywe barwy, cz. 5 z 7

W ciemności małego pomieszczenia błyszczała niewielka dioda. Przytwierdzona przy ścianie, tuż pod stropem, emitowała intensywnie niebieskie światło.

Pod nią znajdowała się jeszcze jedna dioda i jeszcze jedna – wszystkie uczepione schodzącej pionowo w dół metalowej rurki.

Trochę niżej rurka rozgałęziała się. Wyrastał z niej prostopadle podobny, lecz grubszy element, odstający od ściany pod kątem 90 stopni.

Na końcu tego stalowego ramienia wisiał wypełniony błękitnym płynem zbiornik, a wychodzące z niego przewody prowadziły do wydającego cichy szum, przypominającego pralkę, urządzenia.

Obok zaś urządzenia stało prowizoryczne szpitalne łóżko. Leżąca na nim kobieta właśnie odzyskiwała przytomność.

– Aaach, hrabina Bielke… Czy też może pani Ovesen, tak powinienem się do pani zwracać?

Mężczyzna, który wypowiedział te słowa, siedział obok na wysokim, jakby wyniesionym z baru, krześle. W prawej dłoni trzymał pędzel, a przed nim znajdowała się skąpana w ostrym świetle lampy sztaluga z płótnem. Obraz odwrócony był do Anny tyłem, więc nie mogła dojrzeć, co przedstawia.

Widziała natomiast, że znajdują się w ciasnym pokoju bez okien – zapewne na poddaszu.

– Nic się nie martw Anno, za chwilę znowu zaśniesz. Chodzi o to, żeby Twoja barwa była wciąż żywa. To dlatego nie mogłem zabić cię wcześniej…

Kobieta podążyła wzrokiem za ruchem pędzla. Malarz umoczył go w wypełniającej płaski pojemnik brunatno-błękitnej cieczy i wykonał parę pociągnięć na płótnie. Przewody wiodące do pojemnika ciągnęły się po podłodze w jej kierunku, wspinały na łóżko i…

O Boże, były podpięte do tkwiącego w jej ręce wenflonu!

Poczuła, że zaraz zwymiotuje, ale nie miała czym… Bezskutecznie próbowała się poruszyć.

– Oj, Anno, Anno – mężczyzna pokręcił głową – Po tak dużej utracie krwi nie stać cię na najmniejszy choćby wysiłek, a co dopiero ucieczkę…

Patrzył na nią przez chwilę uważnie, po czym ryknął salwą szaleńczego śmiechu.

– Jesteś doprawdy tak bardzo naiwna, moja droga! Czy rzeczywiście uwierzyłaś w tę bajkę z Antoinettą Koch? Dziwka, która ją zagrała, cieszyła się jak dziecko, gdy zobaczyła tysiąckoronny banknot.

Wrócił do malowania, a na jego twarzy znów pojawiło się skupienie.

– To tylko dowodzi, jak mało znasz znajomych swojego męża.

Anna wiedziała, że jej ciałem wstrząsa przeszywający ból, ale nie miała nawet tyle siły, aby go poczuć. Podłączona do bezlitosnej aparatury, która w jej własnych żyłach mieszała krew z farbą, czuła tylko narastającą senność.

– Moje dzieło jest prawie skończone. Jeszcze kilka dociągnięć i powstanie to, na co tak długo czekałem! Nawet twój mąż je doceni, nie będzie miał wyboru! Wiesz, profesor Ovesen to doskonały teoretyk, ale on nie rozumie sztuki. Nie czuje jej emocji. On i jemu podobni… Weźmy na przykład naszą dyskusję na temat „Krzyku”…

Malarz mówił dalej, lecz Anna już go nie słyszała. Świat przed jej oczami rozmazał się i po chwili zapadła w sen.

Żywe barwy, cz. 6 z 7

Farsen przydusił pedał gazu do podłogi. Mknął pustymi ulicami Skagen, paląc jednego papierosa za drugim.

Wiedział, że nie ma wiele czasu.

Przeczucie go nie myliło. Morderca mógł być tylko jeden. Psychopatyczny idealista, miotany chorymi żądzami zemsty; skrzywiony, a jednocześnie genialny.

Van Kamperdijk.

Zabijał każdego, kto pasował do jego wizji – wizji doskonałego artysty i doskonałego dzieła. Zabił kochanka, który nie widział poza nim świata, lecz rzucił go, gdy poznał jego prawdziwą naturę. Zabił nauczyciela konnej jazdy, bo ten nie potrafił zrozumieć jego awersji do zwierząt i wszystkich żywych organizmów. Postanowił zabić żonę Ovesena, ponieważ profesor nie odgadł przesłania zakodowanego w jego obrazie. Każda z tych osób musiała się poświęcić dla sztuki; z każdej z nich wyssał to, co oddawało drzemiące w niej emocje.

No cóż, Annę Ovesen może da się jeszcze uratować.

Samochodem zatrzęsło, gdy wjechał na brukowane uliczki starówki. Porucznik przepatrywał migające w świetle latarni numery kamienic.

Dwanaście… Siedemnaście… Dwadzieścia trzy…

Zahamował z piskiem. To tutaj.

Wyskoczył z auta, wyrzucił niedopałek i wyjął spod płaszcza broń. Ponury barokowy gmach wciśnięty był pomiędzy kilka innych budynków, a wejście znajdowało się od strony podwórza.

Farsen bezceremonialnie sforsował drzwi i wtoczył się do środka. Z pistoletem przy twarzy ruszył w górę mrocznej klatki schodowej. Próbował zachowywać się cicho, ale stopnie pod jego butami trzeszczały i skrzypiały. Drzwi na górze znalazł otwarte – najwyraźniej artysta nie przejmował się zamykaniem zamka. Gdy wpadł do mieszkania, zobaczył następującą scenę: jasnowłosa kobieta leżała nieprzytomna na łóżku, podłączona do dziwnej aparatury, a Kamperdijk wpatrywał się z podziwem w swoje najnowsze dzieło. Dopiero, gdy usłyszał ostre „Ręce za głowę!”, zwrócił uwagę na policjanta. Na jego twarzy wykwitł nienaturalny, skrzywiony uśmiech i, najspokojniej w świecie, rzekł:

– Strzelaj. Proszę bardzo. Możesz zabić moje ciało, ale nie uśmiercisz ducha.

Uniósł się i stanął obok sztalugi, po czym zrobił dwa kroki do przodu, rozkładając szeroko ręce.

Farsen poprawił pozycję.

– Nawet, jeśli ja zginę, moje dzieła będą żyć wiecznie!

Niewiele myśląc, porucznik zdjął celownik z malarza i skierował lufę w stronę obrazu.

Reakcja była natychmiastowa. Kamperdijk rzucił się do przodu z dzikim wrzaskiem.

Dwa strzały w głowę położyły go na podłodze.

Farsen ukląkł przy kobiecie, sprawdził jej puls i wyłączył maszynerię.

Powinna dożyć do momentu, gdy przyjedzie pogotowie.

Żywe barwy, cz. 7 z 7

MALARZ-PSYCHOPATA ZAPŁACIŁ ZA SWOJE ZBRODNIE, głosił tytuł na pierwszej stronie. 32-letni abstrakcjonista A. van Kamperdijk zginął postrzelony w czasie policyjnej obławy. Artysta w okrutny sposób mordował znajome mu osoby, by wykorzystywać ich krew w charakterze farby. Niebezpiecznego przestępcę wytropił porucznik Lars Farsen ze Skagen, który…

Na prawo od kolumny tekstu znajdowała się fotografia obrazu, stworzonego przez Kamperdijka. Z chaosu błękitu, żółci i czerwieni wyłaniała się sylwetka wystraszonego, skulonego chłopca. Dalej autor artykułu podawał już tylko niewiele znaczące fakty.

Siwobrody mężczyzna siedzący w fotelu odłożył gazetę i skierował wzrok ku drugiemu krańcowi pokoju. Tam, na drewnianej ławie, leżała ludzka postać, podłączona do mosiężnej aparatury; nieprzytomna i oddychająca płytko. Z przewodu podczepionego do jej ręki ciecz o pięknym złotym kolorze skapywała do niedużej miseczki.

A więc uczeń nie przerósł mistrza…, pomyślał starzec i uśmiechnął się pod nosem.
Koniec
Mało barwna opowieść? Przeczytaj Planetę nicości

31 paź 2010

PLANETA NICOŚCI, cz. 1 z 6

Grunt, po którym stąpał, był ziarnisty i twardy. W oddali równina kończyła się, a ku brązowemu niebu gwałtownie wystrzelały skaliste wzgórza. Ku niebu, na którym lśniły dwa księżyce.

– Ależ one są jasne – pomyślał Keizo i zrobił kolejny krok. Gdyby przez kombinezon mógł słyszeć, dotarłby do niego matowy chrzęst żwiru.

– Dwie cholerne psychodeliczne kule – odmyślał mu z przekąsem Bokov – A wzejdzie jeszcze trzecia.

To prawda, ich blask nie był przyjemny. Gdy oblewał ostre jak kły szczyty i chropowatą powierzchnię równiny, można było odnieść wrażenie, że trafiło się do międzygalaktycznego piekła. Keizo aż przeszły ciarki. Nie umknęło to uwadze jego ubrania, które natychmiast wygenerowało komunikat: AKTYWOWANA REGULACJA TEMPERATURY CIAŁA.

Ech, to niesamowite, że kiedyś ludzie, aby się porozumieć, musieli mówić na głos, pomyślał znów, tym razem do siebie.

Kombinezon monitorował funkcje jego organizmu, przesyłając dane bezpośrednio do mózgu. Przetwarzał też bodźce z zewnątrz – dzięki temu Keizo wiedział, że temperatura wynosi 233 K, a za fioletową barwę podłoża odpowiada wysokie stężenie jodu w skałach. Czyli, jakby to ujął Bokov: „było zimno i ponuro”. Dobrze, że tlen i węglowodany mogli dawkować sobie na bieżąco.

Bokov szedł równo z nim, sto metrów po lewej. To znaczy, na dziewiątej. Stawiał kroki raźno, chociaż widać było, że przychodzi mu to z trudem. Nawet egzoszkielet nie daje wiele, gdy grawitacja dziewięciokrotnie przewyższa ziemską. Wszystko w człowieku osiada, a żołądek zachowuje się, jakby miał zaraz wypaść dołem.

– Uwaga chłopaki, przed wami coś się rusza – w ich głowach rozbrzmiał nowy głos – No już, już, żartowałam, nie trzęście tak portkami – dodał wesoło.

To była Nancy. Keizo ją uwielbiał. Ta kobieta nawet na końcu wszechświata tryskała energią. Właściwie, zawsze, gdy nawiązywał z nią kontakt, robiło mu się jakoś cieplej. Ona chyba też lubiła jego obecność w swoich myślach... a przynajmniej, taką miał nadzieję.

Uśmiechnął się do siebie.

– Nudzi ci się samej na pokładzie, Nancy, co? Dołącz do nas, przewietrzysz się – odpowiedział.

Dziewczyna wyraźnie była w dobrym humorze.

– Nieee, z tego co widzę, u was same pustki. Wolę posiedzieć w ciepełku, bo jak patrzę na te gołe zbocza, to...

Przerwała. Keizo i Bokov szli jeszcze przez chwilę, po czym zatrzymali się i spojrzeli pytająco w swoich kierunkach.

– Chłopaki? Tam naprawdę coś jest...

– Nancy, to już nie jest zabawne – Bokov odwrócił się, żeby ruszyć dalej. Zagięcia na jego kombinezonie błysnęły w księżycowym świetle.

– Nie, zaczekaj!

Stanął.

– Odczyty nie kłamią. Słuchajcie... znaleźliśmy życie. I to całkiem spore.

Planeta nicości, cz. 2 z 6

Stali przed wejściem do pieczary wydrążonej w pionowej, różowej skale. Szczelina zwężała się ku górze do wysokości 13,2 metra, gdzie jej krawędzie stykały się pod ostrym kątem. Wypełniał ją mrok.

– Widzisz coś? – zagaił Bokov.

Keizo znajdował się bliżej jaskini, z bronią gotową do strzału.

– Nic a nic. Omiotłem noktowizorem cały przedsionek, ale niczego żywego tam nie ma.

– Można się było tego spodziewać – westchnął tamten – Lecieliśmy tu trzy lata, przez pół nocy szliśmy do wzgórz, a znajdujemy co? Kolejne zapomniane pustkowie. Słyszałaś, Nancy? Jaskinia pusta. Gdzie jest to życie, o którym mówiłaś?

Nancy nawiązała z nimi łączność. Jej „głos” drżał.

– Za... za wami.

Odwrócili się gwałtownie. To, co zobaczyli, nie przypominało żadnego znanego im stworzenia. Owalny kształt wielkości nosorożca, czarny z jasnymi cętkami, spoczywał na żwirowatym podłożu. Żadnego pyska, żadnych oczu. Wyglądał jak wieloryb wyrzucony z morza, czekający na śmierć.

– O, cholera, przed chwilą tu tego nie było!

– Spokojnie, Bokov. Trzymaj miotacz w pogotowiu – Keizo starał się być opanowany i profesjonalny. Ostrożnie ruszył w kierunku zwierzęcia.

Kształt nie reagował – jedynie jego grzbiet unosił się i opadał miarowo.

Oddychał.

Kombinezon Keizo zarejestrował podwyższony poziom adrenaliny i przyspieszone tętno. Zrobił jeszcze krok...

Cielsko drgnęło. Z przodu pojawiły się dwie cienkie pionowe szpary. Po chwili rozsunęły się, ukazując parę, żółtawych w blasku księżyców, ślepiów.

– Uważaj! – pomyślał Bokov, ale potwór już rzucił się do ataku. Ruszył w ich stronę i, chociaż pełzł, przemieszczał się z niesamowitą prędkością.

Mężczyźni przyklękli i oddali serię strzałów. Z poranionych boków zwierzęcia trysnęła brunatna maź; stwór drgnął i zapadł się w sobie, rozciągając na podłożu niczym ogromna galareta, a jego oczy zgasły.

Bokov natychmiast podszedł do ciała i sprzedał mu soczystego kopniaka.

– Bezczelny worek mięśni. Co mu strzeliło do łba, żeby tak nas przywitać?

Keizo natomiast opuścił broń i zawiesił wzrok na wejściu do jaskini.

– Zastanawia mnie raczej coś innego – przerwał na moment – W jaki sposób zdołał nas podejść...

Planeta nicości, cz. 3 z 6

Bokov spoglądał na tarczę trzeciego księżyca, wyłaniającą się leniwie zza horyzontu. Był zdecydowanie większy od dwóch pozostałych. Jego jaskrawy owal rósł z każdą chwilą, jak olbrzym wstający z długiego snu. Zapewne niebawem będzie tu jaśniej, niż za dnia.

Mężczyzna nie był zadowolony z roli, jaka mu przypadła. Podczas, gdy Keizo penetrował skalne tunele, on musiał czekać na zewnątrz i pilnować tego zdechłego ścierwa w cętki. Spojrzał na zwłoki stwora z dezaprobatą...

I drgnął. Przy boku zwierza kręciło się małe stworzonko, które skubało jego podziurawioną skórę. Przypominało jednego z ptaków – Bokov widział je kiedyś na Ziemi – tyle, że było ciemne i całkiem łyse, jakby ktoś oskubał je z piór.

Kosmonauta podniósł się ciężko z głazu, na którym siedział, i zrobił krok w stronę przybysza.

– Paszoł won! – pomyślał. Ale przecież nie było tego słychać.

Podszedł bliżej. Maluch cofnął się, przekręcił nerwowo główkę w prawo, następnie w lewo, a potem zerwał do biegu. Zasuwał na swoich ptasich nóżkach jak błyskawica, toteż po chwili zniknął za skalnym załomem.

Bokov westchnął i wrócił na swoje siedzisko. Może i ta planeta wygląda jałowo, ale sporo tałatajstwa się tutaj kręci. Ciekawe, czy wychodzą z kryjówek tylko w nocy?

Znów spojrzał w dal. Trzeci satelita już w całej krasie roztaczał swój blask. Z jednej strony rozświetlał na blado fioletową równinę – niebo nad nią było teraz beżowe – z drugiej, padał na strome zbocze, odsłaniając częściowo przedsionek pieczary. Nareszcie w pełni można było docenić ogrom wzgórz, a wraz z nim, swoiste piękno tego obcego krajobrazu. Krawędzie skał wysoko w górze były poszarpane jak brzegi kanionu, a pionowe zbocza zastygły w niesymetrycznych falach, niczym teatralna kurtyna. Wzdłuż ściany, na lewo od jaskini, znajdowała się druga, węższa, szczelina. A u jej stóp... ten wścibski, złośliwy stworek.

–Tego już za wiele! – stwierdził Bokov, wstał i ruszył, by dać mu nauczkę.

Ale tym razem zwierzak nie czmychnął. Czekał tam i spoglądał swoimi małymi, okrągłymi ślepkami. Było w nich coś... inteligentniejszego niż przedtem.

Dopiero, gdy mężczyzna podszedł na odległość ręki, stworzenie uciekło... zaledwie parę metrów dalej. Bokov myślał, że szlag go trafi. Ten kurdupel bawił się z nim w berka! Nie, tak nie będzie. Wytężył wszystkie siły i, pokonując opór grawitacji, przeszedł do nieporadnego truchtu. Ciężko uderzał stopami o podłoże; jeszcze ciężej je unosił. Stworek wbiegł w ciasny, wysoki wąwóz, do którego światło nie docierało już tak intensywnie. W pewnym momencie zwolnił, obejrzał się za siebie i zniknął za kolejnym wyłomem.

Kosmonauta podążył jego śladem. Wykonał energiczny skręt i nagle zorientował się, że grunt pod jego nogami ucieka, a on traci równowagę i zjeżdża w dół. Ale było już za późno. Poczuł uderzenie, po czym przeszywający ból rozlał się po jego ciele. Oczy mężczyzny zalała czerń krwi i wreszcie...

Wreszcie, nie czuł już nic.

Jego martwe ciało było stopniowo wchłaniane przez ogromny ukwiał, wyrastający z dna wielkiego, piaszczystego dołu. Tylko obleczone w kombinezon nogi drgały przez chwilę spazmatycznie, ale była to reakcja pośmiertna, o czym kombinezon – gdyby jeszcze działał – na pewno by wiedział.
 

Toplista: Najlepsze Horrory w Necie
Toplista: Opowiadania
Toplista: Straszne historie